czwartek, 6 lutego 2014

Pisarze na start: Prawdziwa historia o tolerancji Mikołajów

Za oknem płatki śniegu łagodnie opadały na kostkę i okoliczne kępki trawy. Pewien bardzo niezadowolony kruk z odrazą strząchiwał ze skrzydeł śnieżynki. Po chwili pogoda zdecydowała się na zmianę  i przez pół godziny trwała śnieżyca, przez co kruk schronił się w karmniku; po jego postawie można było sądzić, że ta czynność głęboko uraziła jego dumę.
Nadszedł dzień Wigilii. Pierwsi goście pojawili się dopiero po zmierzchu. Zanim wszyscy zajęli swoje miejsca, upłynęło trochę czasu- prawie każdy chciał w czymś wyręczyć coraz bardziej niezadowolonych rodziców. Jedynie dwie najmłodsze ciocie słusznie uznały stosowniejsze usadowienie się za stołem- prawdopodobnie bardziej zdecydowały o tym ich odświętnie sukienki.
Po bardzo długim oczekiwaniu na wszystkich, którzy jednak woleli pomóc, przyszedł tata i wręczył mojemu bratu, Michałowi, „Pismo Święte”. Po wysłuchaniu krótkiej historii, którą każdy obecny znał na pamięć, przyniesiono opłatek. Niestety, spodeczek z nim postawiono na niewidocznej dla ludzkiego oka, profesjonalnie ukrytej pod obrusem stercie sianka, na nieszczęście położonej z brzegu stołu. Ten przedziwny zbieg okoliczności spowodował zaawansowane wyścigi, których trofeum miał być opłatek, nie znajdujący się jeszcze na podłodze. Kiedy zakończono składanie sobie nawzajem coraz oryginalniejszych i niewyobrażalnych życzeń, podano zupę. Każdy był bardzo zaskoczony i głęboko poruszony, gdy odkrył, że to zupełnie inna zupa niż co roku. Wszyscy ostrożnie nałożyli sobie pierwsze danie i, rzucając ukradkowe spojrzenia na reakcję osób siedzących obok, zaczęli powoli jeść. Po skończeniu posiłku przyniesiono rybę. Tym razem tylko nieliczni podejrzliwie zerkali na zawartość talerza, ale chyba nie dostrzegli w niej niczego nowatorskiego, mimo to uspokoili się dopiero wtedy, kiedy po skosztowaniu potrawy zauważyli, że to naprawdę jest ich ulubiony, tradycyjny karp.
Kiedy każdy wysłuchał niezmiernie pasjonującej opowieści siostry mamy, która zaskakująco barwnie opisywała swoją sąsiadkę o pseudonimie „Żmija”, nadszedł czas na ciasta. Gdy skończyłam jeść drugi kawałek tiramisu, znudzona wyjrzałam przez okno, pragnąc ujrzeć coś, co by na zawsze odmieniło moje życie. Niestety, nie zobaczyłam nic niezwykłego. Natychmiast oskarżyłam o to istotę, która i tak każdego dnia psuła  mi nastrój- był to pies sąsiadów. W tym momencie śmiertelnie obraziła go biała barwa śniegu; pragnąc szybko temu zaradzić, w błyskawicznym tempie przemienił ją na żółtą. Po wykonaniu zleconej przez jego pęcherz misji, rozejrzał się z satysfakcją i, dumnie unosząc głowę, wrócił do siebie przez dziurę w płocie. Tam z zadowoleniem zaczął obgryzać zamarzniętą kość. Niezmiernie zasmucona faktem, że nie udało mi się dostrzec czegoś,              co bardziej by odmieniło mój los niż śniegu, wróciłam do stołu.
- I wyobraźcie sobie, co wtedy się stało?- opowiadał z pasją najstarszy wujek Józek; nie czekając na reakcję, natychmiast postanowił sam dopowiedzieć- i wtedy…- urwał na chwilę. Wszyscy odnieśli wrażenie, że ktoś nieudolnie przemyka się pod zasłoniętym oknem. Poza tym nagle coś głośno brzdęknęło i rozległy się przytłumione przekleństwa, jakby ofiara losu upadła twarzą w śnieg i próbowała krzyczeć.
- I wtedy…- usiłował kontynuować wujek, jednak wszyscy teraz wyraźnie usłyszeli, jak ktoś skrada się po dachu w kierunku komina. Nagle potknął się o blachę i wpadł w poślizg; z dachu pospadały sople i rozbiły się o kostkę   z głuchym trzaskiem.
- I WTEDY- wujek podjął kolejną rozpaczliwą próbę dokończenia historii.- Kto zgadnie, co się wtedy stało?- spytał z naciskiem.
- Yyy… Coś wpadło przez komin?- zaproponowała nieśmiało babcia.
-NIE!- wujek spojrzał na nią potępiająco.
- Ale…- próbowała coś wtrącić jego żona.
- I wtedy wszystko…
Coś potężnie huknęło w piekarniku.
- Czy to jest zakończenie twojej opowieści?- spytała z wymuszoną ciekawością druga babcia.
Dziadek Janek chciał coś dopowiedzieć, ale zrozumiał ,że to i tak nie ma sensu, więc zrezygnował.        Po chwili ciszy coś zaczęło uderzać w szybę piekarnika. Natychmiast popędziliśmy z bratem do kuchni i- mimo dziwnego zbiegu okoliczności- zaczęliśmy się śmiać. Michał otworzył piekarnik i szybko odskoczył na bok. Rozległy się stękania i pojękiwania. Zawartość piekarnika wydostała się na posadzkę. Był to ubrany na czerwono facet z brodą, w ręku trzymał dwulitrową, pełną butelkę coca- coli. Oburzony rozejrzał się po towarzystwie- rodzice też zdążyli przyjść.
- Gdzie kamerzysta?- burknął.
- Jaki kamerzysta?- spytał się rozbawiony tata.
- Miał tu czekać. Duży, żółty dom otoczony drzewami.
- Cóż, tu go nie ma- odpowiedział tata.
- Pff, znowu ktoś ze mnie żartuje. Jeszcze wczoraj zapewniali, że ja też mogę być Świętym Mikołajem…
- Aha. Do widzenia.
Mężczyzna wyszedł bez odpowiedzi. Jednak obok studni stanął jak wryty. Jakiś ogromny, potężny kształt zbliżał się do niego z wyraźnym zamiarem rozbicia go na miazgę. O głowę przerastał człowieka z coca- colą. Mimo czerwonego stroju i białego puszku wyglądał bardzo stanowczo, jednak spiczasta, czerwona  czapka z pomponem na pewno odejmowała mu powagi. Za nim stało coś w kształcie puszystego jelenia.
- Ho, ho, ho!- rozległ się tubalny głos. Wszyscy nasi goście wyszli na podwórko, by popatrzeć.
- Ho, ho, ho- powtórzył Mikołaj trochę mniej pewnie- hmm… A więc witajcie! Jestem Świętym Mikołajem!
Sądząc po twarzach zgromadzonych, chyba nikt nie miał co do tego wątpliwości.
- Hym- chrząknął znacząco- pojawiam się tylko wtedy, gdy ktoś we mnie wierzy.
Każdy rozejrzał się po sobie z zainteresowaniem. Kątem oka zauważyłam, że jedna z ciotek lekko się zarumieniła.
- Widzę jednak, że ktoś próbował mnie zastąpić- powiedział Mikołaj chłodno, patrząc na przybysza z colą. Ten, zaniepokojony, rozejrzał się dookoła, jakby szukając drogi ucieczki.


- Taki z ciebie elf? A więc dawaj na ring!- wrzasnął Święty, groźnie wymachując pięściami. Następnie rzucił przebierańcowi rękawice bokserskie. Przeciwnik z niepewną miną wcisnął je na swoje dłonie.
- Teraz się policzymy… Nikt nie będzie się pode mnie podszywał- mamrotał Mikołaj, nakładając swoje rękawice, po czym rzucił się na drugiego. Przez chwilę walczyli na śniegu, ale ostatecznie zwyciężył Święty wymierzając oszustowi prawego sierpowego.
- I co? Teraz nie jesteś taki fajny, co?- powiedział do niego i wrzucił go na stojącego za nim renifera.
- A prezenty?- spytał Michał.
- Co?- burknął Mikołaj.
- Legenda głosi, że rozdajesz prezenty- powtórzył głośno i wyraźnie brat, przeciągając ostatnie sylaby.
- Ja jestem legendą- odparł Święty robiąc nadąsaną minę.
- Więc gdzie są prezenty?- Michał zdobył poparcie kilku wujków.
- Pff, a widzisz tu kogoś grzecznego?- Mikołaj nadął się jak balon i i pstryknął palcami. Natychmiast obok niego pojawiły się sanie w kształcie porshe cayene. Wrzucił do nich mężczyznę z colą.
- Zabieram go do fabryki prezentów- wytłumaczył obrażony, widząc zaniepokojenie, zaskoczenie, a nawet oburzenie na twarzach zgromadzonych. Święty usiadł za wodzami i klasnął. Renifery westchnęły i ruszyły  w gęstą mgłę przed nimi.
-Ho, ho, ho! Do zobaczenia!- zawołał Mikołaj i pomachał. Prawie natychmiast zniknął za chmurami. Nagle spadło coś czerwonego. Pochyliłam się i podniosłam ze śniegu czapkę, całą wyszywaną śnieżynkami, które zmieniały swoje miejsce. Po chwili czekania na wydarzenie się kolejnej niezwykłej historii i uporczywego wpatrywania się w czapkę, wszyscy wróciliśmy do domu.
Ta niezwykła historia była zaskakująco nierealna. Od tamtej pory wierzę w Świętego Mikołaja, jego moc, sanie i renifery. Jego czapkę przechowuję w swoim pokoju. Zawsze przed i w czasie świąt Bożego Narodzenia, śnieżynki zmieniają swoje położenie, migoczą, błyszczą, obracają się, a pompon unosi się w powietrzu, delikatnie świeci i cichutko dzwoni.

Ada Mazurek, Ic