Pewnego
zimowego dnia wyjrzałam przez okno. Brak śniegu, wszędzie tylko zielona trawa. W
bloku obok przez okna mieszkań przebijały się kolorowe plamki. To chyba
światełka. Chodniki raziły czerwienią kostki. Co jakiś czas przeszedł ktoś
elegancko ubrany. No tak, w końcu dziś Wigilia. Czułam się tak samo, jak we
wszystkie „zwykłe” dni roku. Nie ogarnęła mnie „magia świąt”. Zresztą, jaka magia? Magia przecież nie
istnieje. Bajka dla dzieci. Zresztą tak samo jak Święty Mikołaj, elfy, latające
renifery. Odeszłam od okna i poszłam przygotować się do wyjścia na kolację u Babci.
Czekałam
na rodziców przy drzwiach. Oni próbowali położyć prezenty pod choinką, tak
abyśmy się nie zorientowali.
- Odpuśćcie sobie.
Wiemy, że Mikołaja nie ma - powiedziałam. Udali, że nie słyszą. Spojrzałam w
lustro. Poprawiłam warkocz i założyłam czapkę. Mój młodszy brat narzekał
na to, że mu gorąco. Stał w kurtce od jakichś dwudziestu minut czekając na nas. Chyba nie rozumiał tego, że mówiąc „pół godziny” rodzice mają na myśli pół godziny, a nie trzy minuty.
na to, że mu gorąco. Stał w kurtce od jakichś dwudziestu minut czekając na nas. Chyba nie rozumiał tego, że mówiąc „pół godziny” rodzice mają na myśli pół godziny, a nie trzy minuty.
Po kolejnych dziesięciu minutach w końcu
wyszliśmy. Rozejrzałam się. Coś było nie tak. Spojrzałam na ścianę pobliskiego bloku.
„Czy to są… herbatniki? Nie, niemożliwe” – przekonywałam sama siebie. Podeszłam
bliżej. To były herbatniki! A obok pierniki o różnych kształtach. Spojrzałam na
inne bloki. Wszystkie pokryte były warstwą ciastek i lukru w trzech kolorach:
zielonym, czerwonym i białym. O co chodzi? Głupi żart czy „sztuka”? Tylko po co? Chciałam podejść bliżej, ale poślizgnęłam się. Spojrzałam na ziemię.
Śnieg! Wszędzie leżała gruba warstwa śniegu! Jak to możliwe? Przecież jeszcze
dwie godziny temu nie było go w ogóle. Mimo wszystko było dosyć ciepło. Jak to
możliwe, że śnieg nie topniał? Rodzice także wyglądali na zakłopotanych. Nikt
nie wiedział, o co chodzi. Nie było jednak czasu na rozważania. Ruszyliśmy w stronę bloku babci. Po drodze potykaliśmy się o
śnieg niezliczoną ilość razy. Po około dziesięciu minutach (normalnie tę drogę
pokonujemy w trzy) dotarliśmy do mieszkania babci. Nagle minął nas… ludzik z
piernika!
-
Dzień dobry. Wesołych świąt – powiedział ogromny człowiek-ciastko „ubrany” w
płaszcz
i szalik z lukru.
i szalik z lukru.
-
Dzień dobry. Nawzajem – odparłam z uśmiechem. Zdziwienie zdziwieniem, ale
wygranie konkursu o zachowaniu do czegoś zobowiązuje. Chciałam mu się
dokładniej przyjrzeć, ale już był na dole schodów. Zapukałam do drzwi. „Proszę”
– usłyszałam głos Babci. Nacisnęłam klamkę i weszłam do mieszkania. Rodzice
chwilę za mną, gdy już otrząsnęli się z tego, co zobaczyli przed chwilą.
Zostawiliśmy kurtki i płaszcze w korytarzu i udaliśmy się do salonu. Pierwszą
rzeczą jaką zobaczyłam, była ogromna choinka w rogu pokoju. Przyozdobiono ją
kolorowymi lampkami, bombkami (na moje oko z zeszłej epoki) i kokardkami. Gdyby
nie te stare zniszczone bombki mogłabym powiedzieć, że jest ładna. Jednak co
innego przykuło moją uwagę. Pod choinką nie było żadnego prezentu. „Pewnie będą
udawać, że Mikołaj podrzucił je, gdy akurat poszliśmy do kuchni po ciasto” –
pomyślałam. – „Albo co gorsza za chwilę zobaczymy w drzwiach „gościa” w
czerwono-białym ubraniu, który będzie nam wmawiał, że mieszka na biegunie, przyleciał saniami ciągniętymi przez renifery z
Rudolfem na czele i że ma swoich pomocników – elfy.” Zawsze tak było, gdy byliśmy mali. Poczekaliśmy
jeszcze chwilę na Ciocię, Wujka i Kuzynki i rozpoczęliśmy Wigilię. „W owym
czasie…” – zaczął mój brat. Nie słuchałam dalej, gdyż skupiłam się na tym, co
jest za oknem.
Coraz
więcej ludzików z piernika przechadzało się po osiedlu. Nagle coś błysnęło na
niebie. Pojawił się migoczący punkt, który przemieszczał się z niesamowitą
szybkością. Był coraz bliżej, ale nagle pomknął w dół i zniknął mi z oczu.
Wróciłam do rzeczywistości. Właśnie zaczęliśmy sobie składać życzenia.
„Wesołych świąt, spełnienia marzeń, dobrych ocen” lub „zdrowia, szczęścia, pomyślności”. Co roku to samo. Usiedliśmy do stołu. Z
tradycyjnych dwunastu potraw zrobiło się około dwadzieścia. Obok półmiska z
karpiem stanął talerz z pieczonym łososiem, pojawiło się kilka sałatek, kluski z makiem w malutkiej
miseczce zamiast w dużej. Mi osobiście to nie przeszkadzało. Nie lubię
świątecznego jedzenia, więc skusiłam się na łososia z surówką i ziemniakami.
Kiedy wszyscy już się najedli (albo raczej wmusili w siebie jedzenie w imię
tradycji) usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. „Zaczyna się” – przemknęło mi przez
głowę. Babcia poszła otworzyć drzwi udając, że nie wie kogo za nimi zobaczy.
Prawie jej się udało, gdy zaniemówiła. Nagle do mieszkania wparował (bo
wejściem tego nazwać nie można)… elf? Tak mi się przynajmniej wydawało, gdyż
spiczaste uszy i niski wzrost to jedyne cechy, które łączyły go ze znanym mi dotychczas
obrazem pomocnika Mikołaja. Tamten – zawsze uśmiechnięty, w rajstopach w
czerwone i białe paski, zielonym kubraczku i spiczastej czapce, ten – z ponurą
miną, w skórzanej kurtce, podartych dżinsach i z niebieskim irokezem na głowie.
Na nogach miał czarne glany z niebieskimi sznurówkami (idealnie pasującymi do
włosów). Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, gdy nagle on zaczął:
-
Elo, jestem.. tym no… jak to było po waszemu? – myślał chwilę. – Jestem elfem.
Tak wiem, według was powinienem biegać jak idiota w rajstopach i tych obciachowych
bucikach, no ale na szczęście czasy się zmieniły. Mikołaj przeszedł na
emeryturę, a jego wnuczek to naprawdę spoko gość. Pozwala nam ubierać się
normalnie, nie robimy już sami zabawek, tylko kupujemy je, więc w sumie
pracujemy tylko przez jakiś miesiąc w roku. Czasem nawet krócej, zależy od tego,
co chcą dzieciaki. Zresztą zobaczycie sami, jak tylko wciągnie po schodach ten wór z prezentami. Po chwili w drzwiach
pokoju stanął chłopak. Zakładam, że miał nie więcej niż szesnaście lat. Ubrany
był w skórzaną kurtkę, czarne spodnie, szarą koszulkę i glany. Na głowie miał
kask, chyba motocyklowy i ciemne okulary przeciwsłoneczne, które zdjął po
chwili. Okazało się, że – wbrew temu, czego wszyscy się spodziewali – nie ma irokeza, a dość
krótkie, brązowe włosy ułożone niedbale. Niósł za sobą ogromny wór prezentów.
Rozejrzał się po pokoju i uśmiechnął tajemniczo.
- No tak, to dla was.
Sorry, ale muszę już lecieć, bo chcę się wyrobić jeszcze na imprezę
u kumpla. Także „Wesołych Świąt” i takie tam. Pa! – rzucił szybko i wyszedł.
u kumpla. Także „Wesołych Świąt” i takie tam. Pa! – rzucił szybko i wyszedł.
Elf ruszył za nim. Siedzieliśmy
chwilę z ciszy, patrząc na siebie nawzajem. W końcu ktoś się otrząsnął i
stwierdził, że przydałoby się rozpakować prezenty. Dziadek podszedł do ogromnego worka zostawionego przez chłopaka i zaczął wyjmować prezenty. Mój
brat biegał w kółko rozdając je odpowiednim osobom. Gdy worek był już pusty,
zaczęliśmy otwieranie pakunków. Trwało to chwilę, gdyż każdy otrzymał
przynajmniej cztery prezenty. Sięgnęłam po pierwszą paczkę i rozerwałam
błękitny papier. W środku znalazłam skarpetki z najnowszej kolekcji Prady! Kolejne prezenty również mnie nie zawiodły: koc z
najnowszej kolekcji Coco Chanel, szpilki od Louboutina, bluza z kolekcji
Rihanny dla River Island, piżama z butiku Diora i jeszcze kilka innych rzeczy.
Byłam zachwycona. Wszyscy dostali to, o czym marzyli. Podeszłam do parapetu, na którym stał talerz
z ciastem (nie zmieścił się na stole). Zobaczyłam „nowego Mikołaja” i elfa
wsiadających na motocykle zaparkowane na dachu sąsiedniego bloku. Po chwili
ruszyli do góry i zniknęli pomiędzy gwiazdami.
Późnym
wieczorem wróciliśmy do domu. Wszyscy byli zachwyceni prezentami, jedzeniem i
atmosferą tych świąt. Nikt nie myślał już o tych dziwnych zdarzeniach. Nawet
mijając bałwany, które rozmawiały ze sobą, nikt nie zwracał na to uwagi.
Weszliśmy do naszego mieszkania i rozpakowaliśmy pozostałe prezenty. Te nie były już tak
olśniewające, ale mimo wszystko były trafione. Nagle oślepiło nas bardzo jasne
światło, ale za chwilę zniknęło. Wyjrzałam przez okno. Brak śniegu, wszędzie
tylko zielona trawa. Przez okna mieszkań w bloku obok przebijały się kolorowe
plamki. To chyba światełka. Chodniki raziły czerwienią kostki. Co jakiś czas
przeszedł ktoś elegancko ubrany. No tak, w końcu dziś Wigilia. Jeszcze rano
czułam się tak jak we wszystkie „zwykłe” dni roku. Wtedy wyśmiałabym każdego
mówiącego o magii świąt. Ale teraz… teraz wszystko było takie inne, magiczne.
Przecież wszyscy widzieli te ogromne ludziki z pierników, bloki pokryte lukrem i ciastkami, elfa w glanach. Jednak to wszystko zniknęło. Spojrzałam na
prezenty leżące na łóżku. Skarpetki od Prady zamieniły się w zwykłe grube
skarpetki z H&M’u (które i tak były śliczne), w miejscu piżamy od Diora leżała zwykła, turkusowa w
gwiazdki. Koc od Coco Chanel zastąpił ciepły szaro-czerwony koc, a bluzę z kolekcji Rihanny –
sweter ze Stradivariusa (miałam w planach kupienie go po świętach). Jedynie prezenty,
które nie pochodziły od „Mikołaja” leżały niezmienione. No może jedynie stosik
książek z serii „Pretty Little Liars” trochę się przekrzywił. Mimo tego, że prezenty
tak się zmieniły, to były idealne. Koc pasował do wystroju mojego pokoju,
sweter i tak miałam kupić, a ciepłe skarpetki przydadzą się na „zimowe”
wieczory.
Poszłam
do kuchni. Nagle zobaczyłam na stole ludzika z piernika. Miał na sobie płaszcz
i szalik z lukru, takie same jak ten, który minął nas na klatce w bloku Babci.
Nie wiem, czy mi się zdawało, czy też nie, ale mrugnął do mnie. „Magia świąt” –
może jednak coś w tym jest?
Ala