poniedziałek, 3 lutego 2014

Pisarze na start: Opowiadanie o Wigilii




Pewnego zimowego dnia wyjrzałam przez okno. Brak śniegu, wszędzie tylko zielona trawa. W bloku obok przez okna mieszkań przebijały się kolorowe plamki. To chyba światełka. Chodniki raziły czerwienią kostki. Co jakiś czas przeszedł ktoś elegancko ubrany. No tak, w końcu dziś Wigilia. Czułam się tak samo, jak we wszystkie „zwykłe” dni roku. Nie ogarnęła mnie „magia świąt”. Zresztą, jaka magia? Magia przecież nie istnieje. Bajka dla dzieci. Zresztą tak samo jak Święty Mikołaj, elfy, latające renifery. Odeszłam od okna i poszłam przygotować się do wyjścia na kolację u Babci.
Czekałam na rodziców przy drzwiach. Oni próbowali położyć prezenty pod choinką, tak abyśmy się nie zorientowali.
- Odpuśćcie sobie. Wiemy, że Mikołaja nie ma - powiedziałam. Udali, że nie słyszą. Spojrzałam w lustro. Poprawiłam warkocz i założyłam czapkę. Mój młodszy brat narzekał
na to, że mu gorąco. Stał w kurtce od jakichś dwudziestu minut czekając na nas. Chyba nie rozumiał tego, że mówiąc „pół godziny” rodzice mają na myśli pół godziny, a nie trzy minuty.
Po kolejnych dziesięciu minutach w końcu wyszliśmy. Rozejrzałam się. Coś było nie tak. Spojrzałam na ścianę pobliskiego bloku. „Czy to są… herbatniki? Nie, niemożliwe” – przekonywałam sama siebie. Podeszłam bliżej. To były herbatniki! A obok pierniki o różnych kształtach. Spojrzałam na inne bloki. Wszystkie pokryte były warstwą ciastek i lukru w trzech kolorach: zielonym, czerwonym i białym. O co chodzi? Głupi żart czy „sztuka”? Tylko po co? Chciałam podejść bliżej, ale poślizgnęłam się. Spojrzałam na ziemię. Śnieg! Wszędzie leżała gruba warstwa śniegu! Jak to możliwe? Przecież jeszcze dwie godziny temu nie było go w ogóle. Mimo wszystko było dosyć ciepło. Jak to możliwe, że śnieg nie topniał? Rodzice także wyglądali na zakłopotanych. Nikt nie wiedział, o co chodzi. Nie było jednak czasu na rozważania. Ruszyliśmy w stronę bloku babci. Po drodze potykaliśmy się o śnieg niezliczoną ilość razy. Po około dziesięciu minutach (normalnie tę drogę pokonujemy w trzy) dotarliśmy do mieszkania babci. Nagle minął nas… ludzik z piernika!
- Dzień dobry. Wesołych świąt – powiedział ogromny człowiek-ciastko „ubrany” w płaszcz
i szalik z lukru.
- Dzień dobry. Nawzajem – odparłam z uśmiechem. Zdziwienie zdziwieniem, ale wygranie konkursu o zachowaniu do czegoś zobowiązuje. Chciałam mu się dokładniej przyjrzeć, ale już był na dole schodów. Zapukałam do drzwi. „Proszę” – usłyszałam głos Babci. Nacisnęłam klamkę i weszłam do mieszkania. Rodzice chwilę za mną, gdy już otrząsnęli się z tego, co zobaczyli przed chwilą. Zostawiliśmy kurtki i płaszcze w korytarzu i udaliśmy się do salonu. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłam, była ogromna choinka w rogu pokoju. Przyozdobiono ją kolorowymi lampkami, bombkami (na moje oko z zeszłej epoki) i kokardkami. Gdyby nie te stare zniszczone bombki mogłabym powiedzieć, że jest ładna. Jednak co innego przykuło moją uwagę. Pod choinką nie było żadnego prezentu. „Pewnie będą udawać, że Mikołaj podrzucił je, gdy akurat poszliśmy do kuchni po ciasto” – pomyślałam. – „Albo co gorsza za chwilę zobaczymy w drzwiach „gościa” w czerwono-białym ubraniu, który będzie nam wmawiał, że mieszka na biegunie, przyleciał saniami ciągniętymi przez renifery z Rudolfem na czele i że ma swoich pomocników – elfy.” Zawsze tak było, gdy byliśmy mali. Poczekaliśmy jeszcze chwilę na Ciocię, Wujka i Kuzynki i rozpoczęliśmy Wigilię. „W owym czasie…” – zaczął mój brat. Nie słuchałam dalej, gdyż skupiłam się na tym, co jest za oknem.

Coraz więcej ludzików z piernika przechadzało się po osiedlu. Nagle coś błysnęło na niebie. Pojawił się migoczący punkt, który przemieszczał się z niesamowitą szybkością. Był coraz bliżej, ale nagle pomknął w dół i zniknął mi z oczu. Wróciłam do rzeczywistości. Właśnie zaczęliśmy sobie składać życzenia. „Wesołych świąt, spełnienia marzeń, dobrych ocen” lub „zdrowia, szczęścia, pomyślności”. Co roku to samo. Usiedliśmy do stołu. Z tradycyjnych dwunastu potraw zrobiło się około dwadzieścia. Obok półmiska z karpiem stanął talerz z pieczonym łososiem, pojawiło się kilka sałatek, kluski z makiem w malutkiej miseczce zamiast w dużej. Mi osobiście to nie przeszkadzało. Nie lubię świątecznego jedzenia, więc skusiłam się na łososia z surówką i ziemniakami. Kiedy wszyscy już się najedli (albo raczej wmusili w siebie jedzenie w imię tradycji) usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. „Zaczyna się” – przemknęło mi przez głowę. Babcia poszła otworzyć drzwi udając, że nie wie kogo za nimi zobaczy. Prawie jej się udało, gdy zaniemówiła. Nagle do mieszkania wparował (bo wejściem tego nazwać nie można)… elf? Tak mi się przynajmniej wydawało, gdyż spiczaste uszy i niski wzrost to jedyne cechy, które łączyły go ze znanym mi dotychczas obrazem pomocnika Mikołaja. Tamten – zawsze uśmiechnięty, w rajstopach w czerwone i białe paski, zielonym kubraczku i spiczastej czapce, ten – z ponurą miną, w skórzanej kurtce, podartych dżinsach i z niebieskim irokezem na głowie. Na nogach miał czarne glany z niebieskimi sznurówkami (idealnie pasującymi do włosów). Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, gdy nagle on zaczął:
- Elo, jestem.. tym no… jak to było po waszemu? – myślał chwilę. – Jestem elfem. Tak wiem, według was powinienem biegać jak idiota w rajstopach i tych obciachowych bucikach, no ale na szczęście czasy się zmieniły. Mikołaj przeszedł na emeryturę, a jego wnuczek to naprawdę spoko gość. Pozwala nam ubierać się normalnie, nie robimy już sami zabawek, tylko kupujemy je, więc w sumie pracujemy tylko przez jakiś miesiąc w roku. Czasem nawet krócej, zależy od tego, co chcą dzieciaki. Zresztą zobaczycie sami, jak tylko wciągnie po schodach ten wór z prezentami. Po chwili w drzwiach pokoju stanął chłopak. Zakładam, że miał nie więcej niż szesnaście lat. Ubrany był w skórzaną kurtkę, czarne spodnie, szarą koszulkę i glany. Na głowie miał kask, chyba motocyklowy i ciemne okulary przeciwsłoneczne, które zdjął po chwili. Okazało się, że – wbrew temu, czego wszyscy się spodziewali – nie ma irokeza, a dość krótkie, brązowe włosy ułożone niedbale. Niósł za sobą ogromny wór prezentów. Rozejrzał się po pokoju i uśmiechnął tajemniczo.
- No tak, to dla was. Sorry, ale muszę już lecieć, bo chcę się wyrobić jeszcze na imprezę
u kumpla. Także „Wesołych Świąt” i takie tam. Pa! – rzucił szybko i wyszedł.
Elf ruszył za nim. Siedzieliśmy chwilę z ciszy, patrząc na siebie nawzajem. W końcu ktoś się otrząsnął i stwierdził, że przydałoby się rozpakować prezenty. Dziadek podszedł do ogromnego worka zostawionego przez chłopaka i zaczął wyjmować prezenty. Mój brat biegał w kółko rozdając je odpowiednim osobom. Gdy worek był już pusty, zaczęliśmy otwieranie pakunków. Trwało to chwilę, gdyż każdy otrzymał przynajmniej cztery prezenty. Sięgnęłam po pierwszą paczkę i rozerwałam błękitny papier. W środku znalazłam skarpetki z najnowszej kolekcji Prady! Kolejne prezenty również mnie nie zawiodły: koc z najnowszej kolekcji Coco Chanel, szpilki od Louboutina, bluza z kolekcji Rihanny dla River Island, piżama z butiku Diora i jeszcze kilka innych rzeczy. Byłam zachwycona. Wszyscy dostali to, o czym marzyli.  Podeszłam do parapetu, na którym stał talerz z ciastem (nie zmieścił się na stole). Zobaczyłam „nowego Mikołaja” i elfa wsiadających na motocykle zaparkowane na dachu sąsiedniego bloku. Po chwili ruszyli do góry i zniknęli pomiędzy gwiazdami.
Późnym wieczorem wróciliśmy do domu. Wszyscy byli zachwyceni prezentami, jedzeniem i atmosferą tych świąt. Nikt nie myślał już o tych dziwnych zdarzeniach. Nawet mijając bałwany, które rozmawiały ze sobą, nikt nie zwracał na to uwagi. Weszliśmy do naszego mieszkania i rozpakowaliśmy pozostałe prezenty. Te nie były już tak olśniewające, ale mimo wszystko były trafione. Nagle oślepiło nas bardzo jasne światło, ale za chwilę zniknęło. Wyjrzałam przez okno. Brak śniegu, wszędzie tylko zielona trawa. Przez okna mieszkań w bloku obok przebijały się kolorowe plamki. To chyba światełka. Chodniki raziły czerwienią kostki. Co jakiś czas przeszedł ktoś elegancko ubrany. No tak, w końcu dziś Wigilia. Jeszcze rano czułam się tak jak we wszystkie „zwykłe” dni roku. Wtedy wyśmiałabym każdego mówiącego o magii świąt. Ale teraz… teraz wszystko było takie inne, magiczne. Przecież wszyscy widzieli te ogromne ludziki z pierników, bloki pokryte lukrem i ciastkami, elfa w glanach. Jednak to wszystko zniknęło. Spojrzałam na prezenty leżące na łóżku. Skarpetki od Prady zamieniły się w zwykłe grube skarpetki z H&M’u (które i tak były śliczne), w miejscu piżamy od Diora leżała zwykła, turkusowa w gwiazdki. Koc od Coco Chanel zastąpił ciepły szaro-czerwony koc, a bluzę z kolekcji Rihanny – sweter ze Stradivariusa (miałam w planach kupienie go po świętach). Jedynie prezenty, które nie pochodziły od „Mikołaja” leżały niezmienione. No może jedynie stosik książek z serii „Pretty Little Liars” trochę się przekrzywił. Mimo tego, że prezenty tak się zmieniły, to były idealne. Koc pasował do wystroju mojego pokoju, sweter i tak miałam kupić, a ciepłe skarpetki przydadzą się na „zimowe” wieczory.
Poszłam do kuchni. Nagle zobaczyłam na stole ludzika z piernika. Miał na sobie płaszcz i szalik z lukru, takie same jak ten, który minął nas na klatce w bloku Babci. Nie wiem, czy mi się zdawało, czy też nie, ale mrugnął do mnie. „Magia świąt” – może jednak coś w tym jest? 

Ala